Wiedziałem, na co się piszę

Z prezesem Tomaszowskiego Klubu Sportowego „Tomasovia”, Dionizym Hałasą rozmawia Kamil Kmieć.

 

Jakie to były minione cztery lata dla Tomasovii?

 

Przebiegały w różny sposób. Inaczej trzeba bowiem spojrzeć na sprawy finansowe, a inaczej na kwestie sportowe. Gdy przed czterema laty zarząd ze mną jako prezesem zajął się zarządzaniem klubem, Tomasovia była zadłużona, ale grała w trzeciej lidze (mowa o piłkarzach – przyp. red.). Wcześniej czy później ujemne skutki finansowe musiały jednak odbić się negatywnie również na wynikach sportowych. Nie ma szans, by te dwie sprawy ze sobą nie korelowały. Poprzedni zarząd w pierwszych swoich dniach działalności skupił się na trzech podstawowych zadaniach: stopniowej redukcji zadłużenia do całkowitego jego wyeliminowania, pozyskiwaniu dodatkowych, oprócz z Urzędu Miasta, źródeł finansowania oraz doprowadzeniu do sytuacji, gdzie w zespole piłkarzy będziemy grali swoimi zawodnikami, bez konieczności sięgania po piłkarzy zagranicznych. Oczywiście, zmniejszanie zadłużenia odbiło się na wynikach sekcji piłkarskiej. Wspominam o piłce nożnej, bo siatkówka „szła” swoim torem i ma inne wymagania finansowe niż futbol. Nie wiem, czy gdyby nie reforma, gralibyśmy dalej w trzeciej lidze, to są tylko przypuszczenia. Fakty z kolei są takie, iż obecnie występujemy w czwartej lidze lubelskiej, a poprzez odpowiednie zarządzanie minimalizowaliśmy zadłużenie. To wszystko dzięki rozsądkowi i odpowiedniemu spojrzeniu na problem całego zarządu, w którym zasiadało wiele rozważnych, doświadczonych osób: biznesmeni, pracownicy administracji itp.

 

Czyli uporządkowanie spraw finansowych to w Pana ocenie największy sukces poprzedniej kadencji zarządu?

 

– Nie powiedziałbym, że tylko zarządu, bo bardzo dobra współpraca była również z panem burmistrzem Wojciechem Żukowskim oraz dyrektorem Ośrodka Sportu i Rekreacji „Tomasovia” panem Stanisławem Pryciukiem, który stale nas wspomagał i wspomaga, proponuje pewne rozwiązania. Urząd Miasta to naturalnie nasz strategiczny sponsor, ale tuż za nim był pan Roman Rak, który nas wspierał i wspiera nadal, nie tylko w formie umowy sponsorskiej, ale też poprzez zakup karnetów na mecze dla swoich pracowników. To również jest bardzo wartościowa forma pomagania naszemu klubowi, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni i z tego miejsca chciałbym mu podziękować za dotychczasową współpracę i liczę na jej podtrzymanie.

 

Gdy rozmawialiśmy przed 4 laty, wspominał Pan, że długi klubu sięgają 125 tys. zł. A jak jest w marcu 2018 roku?

 

– 6 lutego 2018, czyli w dniu, w którym odbyło się walne zebrania sprawozdawczo-wyborcze, po upływie naszej czteroletniej kadencji, nie mieliśmy zobowiązań.

 

Może Pan więc zapewnić, że wydarzeń sprzed 3 lat, gdy piłkarze strajkowali, nie musimy się obawiać?

 

– Wtedy odbywały się wybory samorządowe a po nich tworzenie nowych władz samorządowych, w związku z czym przepływ pieniędzy z konkursu na zadania sportowe, ogłoszonego przez miasto, nieco się opóźnił. Zabrakło ciągłości w finansowaniu klubu, dlatego też teraz zarząd nie zamierza dopuścić do sytuacji, aby przez trzy miesiące nie było płynności finansowej. Dzisiaj wszystkie zobowiązania w stosunku do piłkarzy są w miarę uregulowane. Bez odpowiedniego wsparcia finansowego działalność klubu jest niemożliwa.

 

W takim razie jakim budżetem w 2018 roku dysponuje klub, wliczając wszystkie 3 sekcje? Ile otrzymujecie z miasta, a ile od sponsorów?

 

– Z Urzędu Miasta pochodzą pieniądze z konkursu na zadania sportowe będące w kompetencji samorządu. Sam Ośrodek Sportu i Rekreacji „Tomasovia” jest też dla nas bardzo dużym wsparciem w ramach wzajemnej współpracy, są z nami również sponsorzy w ramach zawartych umów reklamowych za bilety, karnety, występuje też współpraca z innymi instytucjami. Patronujemy także organizowaniu różnych imprez sportowych wspólnie z OSiR. Nie chciałbym operować konkretnymi kwotami, bo sponsorzy finansują nas w różnych kwotach, które są zmienne: jednego miesiąca jest tyle, kolejnego inna kwota. Czasami otrzymamy też jakieś pieniądze z okręgowego związku na konkretne zadania. To wszystko pozwala na jednak w chwili obecnej na odpowiednie zbilansowanie wydatków.

 

Czas na sportowe aspekty naszej rozmowy. Piłkarze obecnie występują w IV lidze i na razie niewiele wskazuje, by szybko wrócili do III ligi.

 

Nie miałbym w sobie ducha sportowego, gdybym nie wierzył w to, że możemy awansować. Trzeba jednak mieć do tego odpowiednią podstawę, zatem znowu muszę wspomnieć o kwestii finansowej. Jeśli nie zwiększymy dofinansowania ze strony sponsorów to będzie to trudne, tym bardziej, że chcemy grać swoimi zawodnikami. Może i nawet kosztem nieco słabszych wyników, ale jest to bardziej korzystne dla Tomaszowa, że występują nasi zawodnicy, rozwijają się z szansą na grę w lepszym klubie w Polsce. Postanowiliśmy pójść taką drogą i to spotkało się z aprobatą naszego głównego sponsora, czyli władz miasta. Środowisko tomaszowskie, to związane z piłką nożną, również jest zdania, że mamy uzdolnioną młodzież, na którą trzeba stawiać, co pokazują wysokie miejsca w tabelach rozgrywek lig juniorskich. Przyszłość zatem może należeć do nich, bo będą sukcesywnie wdrażani do drużyny seniorskiej, zastąpią aktualnie w niej występujących zawodników, gdy ci zakończą czynne uprawianie sportu. Oczywiście nie należy wykluczyć również i takiej sytuacji, gdzie klub może mieć kłopoty kadrowe, brak odpowiednich zawodników grających na poziomie zapewniającym drużynie dobre wyniki. Wtedy należy drużynę wzmocnić zawodnikami z innych klubów czy też nawet zagranicznych. Ponadto cieszy mnie to, że między piłkarzami, a trenerem Markiem Sadowskim występują pozytywne relacje. Czasami mam wrażenie, że wskoczyłby za nimi w ogień i zapewne odwrotnie byłoby tak samo. Wszyscy chcą grać dla kibiców, dla Tomasovii i dla naszego miasta.

 

Postawię jednak pytanie, które stoi w sprzeczności z tym, co Pan przed chwilą powiedział. Nie odnosi Pan bowiem wrażenia, że IV liga wielu osobom po prostu odpowiada? Krótsze wyjazdy, mniejsze potrzeby budżetowe, brak presji wyniku.

 

– Powiem szczerze, że też mam czasami takie wrażenie, co nie oznacza, że mamy zamiar spocząć na laurach i będziemy grali na takim poziomie przez następne lata. Sport powinien polegać na tym, aby bazie spokoju finansowego, był ciągle niepokój sportowy – na tym polega rywalizacja. Musimy dążyć do jak najlepszych wyników i z pewnością jeśli będą spełnione określone warunki, to nie mamy zamiaru odpuszczać i spróbujemy wejść do trzeciej ligi.

 

Z kolei siatkarki niezmiennie reprezentują miasto na drugoligowych parkietach. To dla nich odpowiednia liga czy jednak po cichu liczy się „na górze” na coś więcej?

 

I tutaj znowu się powtórzę. Aby liczyć na coś więcej, trzeba pozyskać zawodniczki z zewnątrz, zwiększyć finansowanie. Pytanie brzmi, czy jest nam to potrzebne? Chcemy grać swoimi zawodniczkami, swoją młodzieżą, oczywiście w siatkówce jest to bardziej utrudnione, bo nie mamy aż tyle uzdolnionej młodzieży na terenie naszego miasta, czy powiatu. Granie w siatkówkę niesie ze sobą spełnienie odpowiednich kryteriów, np. jeśli chodzi o warunki fizyczne, przygotowanie sportowe. Nabór jest trudny, ale zauważam bardzo mądrą politykę zarówno wiceprezesa Krzysztofa Wróbla, jak i trenera Stanisława Kaniewskiego. W stabilny sposób opiekują się pierwszą drużyną, ale też sekcjami młodzieżowymi naszego klubu. To, z czego jestem dodatkowo zadowolony, to umiejętność wytransferowania zawodniczek do innych klubów na bardzo korzystnych warunkach. To dla siatkarek szansa, by zaistnieć w szerszym świecie, zagwarantować sobie szansę na grę w liczących się w Polsce klubach. Bo umówmy się, z rekompensat zarówno w piłce nożnej, jak i w siatkówce na tym poziomie nie da się wyżyć na dłuższy okres, trzeba zdobyć zawód, skończyć studia i zajmować się czymś jeszcze.

 

Tomasovia to nie tylko piłka nożna i siatkowa, ale też lekka atletyka. Jak ocenia Pan pracę trenerów Mirosława Fusa i Tomasza Wawrzusiszyna oraz ich podopiecznych?

 

Lekka atletyka za moich czasów, gdy chodziłem do liceum, była królową wszystkich dyscyplin, dominowała w szkołach i w klubach. Bardzo jestem z tego zadowolony, że obecnie, choć oczywiście w skromniejszym wydaniu, mamy taką sekcję w klubie, w której odnotowujemy sukcesy. Oczywiście jest to grupa z o wiele mniejszym budżetem, ale w tym przypadku stawiamy na jakość, a nie na ilość. To nie jest sport zespołowy, kładzie się większy nacisk na współpracę indywidualną trenera z zawodnikiem, zupełnie inaczej niż w piłce nożnej czy siatkówce, gdzie błędy kolegów czy koleżanek może naprawić ktoś inny. Będziemy nadal wspierać sekcję lekkiej atletyki na równi z pozostałymi.

 

Jak w kilku słowach opisałby Pan osoby z zarządu, z którymi przez najbliższe cztery lata będzie Pan miał okazję współpracować?

 

– Najpierw chciałbym podziękować poprzedniemu zarządowi. Bez wymieniania nazwisk, bo każdy z członków zarządu dobrze wywiązywał się ze swojej roli, bił od nich profesjonalizm, merytoryczność. Pracowaliśmy sumiennie, nie patrzyliśmy na to, jaki jest powód danego problemu, tylko jak go rozwiązać. Nie oglądaliśmy się za siebie. Większość członków udało się namówić, by nadal zostali z nami. Duże nadzieje wiążemy z nowymi osobami w zarządzie, jak z panem Mateuszem Zaburko czy Błażejem Barteckim. To są młodzi ludzie związani z biznesem, których nie miałem jeszcze okazji bliżej poznać. Widać, że mają głowy pełne pomysłów, liczę na to, że wniosą dużo świeżości do naszego zarządu. Oczekujemy również na dobrą współpracę z przedstawicielem Urzędu Miasta, panem Bogdanem Stawarskim. Jako wieloletni bardzo dobry, były piłkarz Tomasovii będzie wnosić merytoryczną wiedzę tak bardzo przydatną zarządowi.

 

Czy zostały już postawione jakieś konkretne cele?

 

– Do tej pory spotkaliśmy się tylko raz. Wybieraliśmy prezesa, wiceprezesa i omawialiśmy najpilniejsze sprawy, które zarząd musiał rozstrzygnąć na już. Nie ukrywam jednak, że po spotkaniu w czwartek, 1 marca w siedzibie Zamojskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej jestem nieco bogatszy o pewne informacje, dlatego też na najbliższym spotkaniu chciałbym je poruszyć.

 

Zechce Pan przedstawić swoje propozycje czy poczeka Pan na opinie członków zarządu?

 

– Zawsze zaczynam od tego, jakie pomysły mają osoby zasiadające w zarządzie. Dopiero potem przedstawiam swoje stanowisko. Zaczniemy oczywiście od podstawowych rzeczy, takich jak zapewnienie bezpieczeństwa na stadionie, rozprowadzenie karnetów, czy też kontynuację odprowadzania 1% podatku w ramach współpracy z Czajnią, która od wielu lat jest współpracą stałą i niezwykle dla nas owocną. Innowacyjnym pomysłem mogą być karty cashback, której przedstawiciele są bardzo zainteresowani współpracą z nami. Moglibyśmy je rozprowadzić wśród kibiców np. wraz z biletami, ale to jest na razie jeszcze odległy temat. Ponadto zależy nam na podtrzymaniu współpracy z dotychczasowymi sponsorami, będziemy również zabiegać o kolejnych. Ile z tego wyniknie – zobaczymy.

 

Pan pozostał prezesem, wiceprezesem przez kolejną kadencję będzie z kolei Krzysztof Wróbel. O czym to świadczy? O zaufaniu najbliższego otoczenia związanego z tomaszowskim klubem? Tak to Pan odczuwa?

 

– Tomaszowianinem w pełnym tego słowa znaczeniu jestem od 1965 roku, kiedy przyszedłem tutaj do liceum. Z tym środowiskiem jestem związany na stałe od momentu skończenia studiów, tj. od 1975 roku i od tego czasu w większym lub mniejszym stopniu „ocieram się” o środowisko sportowe. Można powiedzieć, że w naturalny sposób wpisałem się w nie i jestem jego częścią. Nie chciałbym jednak siebie samego oceniać, to rola walnego zebrania, poszczególnych delegatów czy naszych sponsorów.

 

I kibiców.

 

– Tak, w szczególności tych, którzy są aktywnymi członkami klubu, opłacają składki, utożsamiają się z drużyną nie tylko jak gra dobrze, ale również wspierają ją w trudnych okresach. Wiedziałem, na co się piszę, wiem, jak reagują nasi fani. Gdy wygrywamy, będą cię nosić na rękach i gloryfikować, a w przypadku przegranej najchętniej by cię zlinczowali (śmiech). Ale to jest normalne, niektórzy mogą o mnie mówić źle, gdy klubowi się nie wiedzie, ale na kimś przecież trzeba wylewać swoje żale.

 

Czego nauczył się Pan przez ostatnią kadencję w roli prezesa klubu?

 

– Przede wszystkim cierpliwości, wyrozumiałości i pokory w stosunku do samego siebie. Zobaczyłem, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem i jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Można powiedzieć, że jest to ciągła praca, tu nie ma sytuacji, gdzie już zrobiono wszystko. Cały czas można więcej, jest duże pole do popisu. Pamiętajmy, że 90% poprzedniego zarządu stanowili debiutanci, którzy do tej pory nie mieli okazji wykazać się w takim charakterze. W szczególności chciałbym tu wspomnieć o Mieczysławie Szalusiu, który z powodzeniem wykonywał swoje zadania i chciałbym mu z tego miejsca bardzo podziękować. Szkoda, że swojej roli nie mógł dalej sprawować Grzegorz Charachajczuk ze względów osobistych. Na ponowne kandydowanie nie zdecydował się również Krzysztof Majdański. Obu panom również dziękuję za minione cztery lata.

 

Może za bardzo wybiegam w przyszłość, ale za pięć lat Tomasovia będzie obchodzić stulecie swojego istnienia. Co prawda obecna kadencja zarządu kończy się w 2022 roku, ale być może część osób będzie stanowić nowe władze rok później, a kto wie – być może z Panem w roli prezesa. Czy w głowach powoli rodzą się pomysły, jak uczcić ten wyjątkowy rok dla tomaszowskiego sportu i całego miasta?

 

Fakt, że będziemy obchodzili stulecie klubu, siedzi we mnie i w głowach wielu innych członków już od pierwszego dnia poprzedniej kadencji zarządu, czyli od 2014 roku. Podejmujemy pewne pierwsze kroki, o których nie chciałbym w tej chwili mówić. Zechcemy świętować w godny sposób, taki, na który zasługuje klub. Nie wiem czy prezesem będę ja, czy ktoś inny, jaki będzie skład zarządu. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, że dla całego klubu i środowiska będzie to niezwykle ważne wydarzenie. Nie wiemy, czy będzie to jednodniowa, czy wielodniowa impreza, aż tak szczegółowo tego jeszcze nie planujemy. Z pewnością nagrodzimy zasłużonych działaczy, sportowców, ludzi związanych ze środowiskiem sportowym. Zależy nam na godnym uczczeniu stulecia istnienia „Tomasovii”.  

 

Wywiad autoryzowany.

 

 

źr. Rewizje Tomaszowskie / fot: własne